Powrót do klasyki WFRP piątek, Paźdź 20 2017 

W ostatnim czasie zacząłem rozglądać się za starymi Citadelkami, kilka udało mi się wynaleźć na Allegro. Czekają na pomalowanie (po Finach albo po zbrojnych). Oto zdobycze:

Reklamy

Talvisota z Armią Czerwoną Huberta środa, Wrz 27 2017 

W minioną sobotę 23.09.2017 miałem przyjemność zagrać z Hubertem w Bolt Action. Graliśmy na wczesno-wojennych listach armii odgrywając radziecko-fińskie starcie z Wojny Zimowej 1939.

Graliśmy po 1200 punktów na stronę, Hubert miał 16 kości rozkazu, a ja miałem 13. Pomijając ilość kości, Huberta na stole było więcej i stół był cokolwiek mały bo tylko 48 na 48 cala (cud, że był – dzięki dla Rafała z Planszówczki) – Planszóweczka spodziewała się całej Drużyny Pierścienia, stąd ten jeden stół to było i tak dużo.

Poniżej trochę zdjęć (od ostatnich do pierwszych – nie wiem czemu tak się stało, zamieszczałem od pierwszego do ostatniego):

Rosjanie wdarli się do okopu, niestety Finowie oblali morale i do walki wręcz nie doszło.

Oddział NKVD uderzył do walki wręcz na fińskich weteranów – chwilę później został rozbity.

Byle dobiec do okopu:

Zdaje się, że zrobiłem mniej istotnych zdjęć niż ostatnio (na żadnym nie widać bohaterskiego BA oraz Boforsa). Gra była wyrównana i zakończyła się remisem.

Podsumowanie:

  • fińska piechota w tym Sisi jest bardzo dobra, nawet bez broni maszynowej. Wszyscy piechurzy mieli tough fightera, broniąc się byli niebezpieczni w walce wręcz.
  • dobrze ustawiony Bofors (prawa strona planszy) celnym ogniem pozbył się T-28, co umożliwiło dalszy opór.
  • BA-10 – płonęła, miała 7 pinów, ale przetrwała do końca gry i zniszczyła BA-10 Huberta – w tym przypadku ciężko nazwać to inaczej niż fartem.
  • pierwszy raz od kiedy gram w Bolt Action mój moździerz w ogóle trafił – jego ofiarą padł z DSK z uszczuploną, bo trzy osobową załogą (czwartego członka zdjęła rusznica przeciwpancerna).
  • fiński snajper – działał dobrze, ale jego potencjał nie został w pełni wykorzystany.

Front wschodni, czyli dalsze potyczki z Pawłem  sobota, Kwi 22 2017 

W sobotni poranek stanęły w szranki oddziały Armii Czerwonej i SS. Celem było zdobycie dwóch punktów, co udało się Pawła żołnierzom. Armie złożyliśmy na podstawie ogólnych selektorów, graliśmy na 1500 punktów na stronę w Planszóweczce w domu handlowym Astra. 

Trochę zdjęć z tego starcia:

Początek był naprawdę obiecujący dla Armii Czerwonej, potem było już tylko gorzej. 

Zwycięstwo przypadło Pawłowi. Cała gra była bardzo wyrównana, było parę zwrotów akcji takich jak zniszczenie w walce wręcz elity SS przez świeżych rekrutów Armii Czerwonej czy strata całego oddziału inżynierów nim w ogóle cokolwiek zrobili. 

Wnioski z gry:

  1. Rusznice nie są takie złe, jeśli są regularne. 
  2. MOździerz nigdy w nic nie trafił, chyba jednak muszę przerzucić się na Katiuszę, ta chociaż strzela obszarów. 
  3. Zis-3 to całkiem dobre działo. 

Odra-Wisła 1944—45 wtorek, Mar 14 2017 

Bolt Action w grze:

Kilka zdjęć z sobotniej gry w Planszóweczce (Astra – Wrocław). 

Była to moja pierwsza gra na 1200 punktów, a czwarta w ogóle. Starcie było bardzo wyrównane, pełne zwrotów akcji i zdaje się nie policzyliśmy wyników. Wydaje mi się, że mój przeciwnik miał nieznaczną przewagę, dzięki obecności swoich oddziałów w pobliżu dwóch składów zaopatrzeniowych. Oddziały za wyjątkiem snajperów i obserwatorów wystawialiśmy wychodząc nimi z brzegu planszy. Pierwsza tura i pierwsze straty, snajper ukryty na kościelnej wieży zlikwidował pancerzownicę i sam padł od niemieckiego snajpera. Strata obserwatora w drugiej turze też była mało przyjemna. Pojazdy pancerne po obu stronach robiły raczej za pozycje umocnione, chociaż Stuh przeciwnika wykazał się większą mobilnością. 

Obserwacje:

  • Ciężarówki bez ckm wydają się  mało przydatne w późniejszych turach. 
  • Niedoświadczone rusznice przeciwpancerne – miałem trzy, na sześć tur rozgrywki nie wykazały się niczym szczególnym. 
  • Moździerz – w nic nie trafił. 
  • Radzieccy zwiadowcy – na pewno jeszcze nie raz wrócą na stół. 
  • Darmowa piechota – jeden z bardziej zasłużonych oddziałów w tej bitwie. 

Pozostaje dalej grać i wyciągać wnioski z własnych błędów. 

Kingdom of Equitaine – piesze rycerstwo czwartek, Paźdź 6 2016 

W przeciągu ostatniego roku, po wielu latach przerwy udało mi się rozegrać pewną ilość gier z kumplem grającym krasnoludami – najważniejsze w tym, że moi Bretończycy przestali się kurzyć. Sęk w tym, że armię czasem trzeba rozwinąć o brakujące formacje, jedną z nich są piesi rycerze którzy pojawili się w końcu w 9th Age. Obecnie zastanawiam się nad poniższymi figurkami firmy „Norba Miniatures” bardzo ładne modele i na pierwszy rzut oka są iście bretońscy.

foto-10-510x600

W planach rzeczy które kiedyś będę chciał kupić zostają rycerze próby oraz pielgrzymi wraz z relikwią, a póki co zostaje mi sporo figurek do pomalowania, które same się nie pomalują.

Wojenny Młot na LARPie w Rosji poniedziałek, Paźdź 3 2016 

Ostatnio dzięki udostępnianiu przez znajomemu dane mi było zobaczyć zdjęcia z Wojennego Młotka w Rosji, coś pięknego: galeria zdjęć z Forest of Gloom.

Moi faworyci:

warhammer-fantasy-larp-game-russia-moscow-2016-02

Oficjalna strona wydarzenia jest w języku rosyjskim.

 

Parravon – miasto ogrodów sobota, Wrz 10 2016 

Po paru latach od zarzucenia pisania wracam do odłożonego i zapomnianego projektu opisu bretońskiego miasta Parravon oraz jego okolicy. Mam zamiar użyć następujące źródła – podręczniki do Warhammera I&II edycja, podręczniki armii bretońskiej do V&VI edycji, nowele Ogrodnik z Parravonu oraz wspomnienia z życia Genevieve – gdzie Parravon został najechany przez czarnoksiężnika Drachenfelsa. Oczywiście pod uwagę wezmę także dodatek o Bretonni do II edycji Warhammera RPG oraz Liczmistrza.

Co do liczby ludności 7,500 populacji z Liczmistrza traktuję jako liczbę domów, tak więc po przemnożeniu razy 3-4 miasto będzie mniejsze od miast Imperium czy Tilei, ale duże na standardy królestwa.

Parravon

Oczami mieszkańców Starego Świata:

„Po bez mała dwóch tygodniach podróży z Nuln osiągnęliśmy nasz cel – bretońskie miasto Parravon. Od opuszczenie ziem rodzimego Reiklandu nasza trasa wiodła przez Góry Szare, wyjęte spod władzy ludzi, pełne band orków, bandytów i wszelkiej maści potworów. Tym razem jednak obyło się bez większych problemów – gdyż wędrowaliśmy w dużej karawanie z silną eskortą. Miasto ogrodów jak bywa zwany Parravon jest pierwszym większym ośrodkiem miejskim w Bretonii. Jest to jedno z najpiękniejszych miast jakie w życiu widziałem. Jeśli chodzi o miasta królestwa bije na głowę wszystkie pozostałe, nawet mimo podobno ciążącej nad nim klątwy. Parravon jest czysty, pełno w nim zieleni i ptaków. Od wschodniej strony długiego na sześć kilometrów, położonego wzdłuż wysokiego na 50 metrów klifu miasta strzeże zamek książęcy. Monumentalna forteca posiada dwa pierścienie murów, za pierwszym niższym znajdują się książęce ogrody, liczne stajnie oraz budynki służby i zbrojnych. Twierdza jest połączona z miastem murem, przy okazji strzeże dwóch bram miejskich – północnej oraz południowej – wiodącej przez jedyny w tym rejonie most na rzece Grismerie. Od północnej strony wysoki klif stanowi naturalną ochronę, od strony rzeki miasto jest chronione niewysokim murem wzmocnionym łańcuchem wież. Przy murze znajduje się wiele zacnych ogrodów. Do miasta można się dostać także rzeką, łodzią lub jednym z dwóch promów które mają swoją przystań w rzecznym porcie.”

                                                                       eks rajtar Werner von Grunwald

 

„Bez wątpienia najpiękniejsze miasto Bretonii. W przeciwieństwie do pozostałych miast posiada sprawną kanalizację, ulice są wybrukowane kostką z okolicznych kamieniołomów a liczne strumienie i górskie rzeki dostarczają miastu czystej wody. Książęta Parravonu odznaczali się od pokoleń mądrymi i sprawiedliwymi rządami. Dzięki ich nadaniom mój lud zaczął chętnie osiedlać się w mieście ogrodów. Trzy setki moich braci poległo stawiając opór demonicznej hordzie czarnoksiężnika Drachenfelsa. Zginęła wtedy ponad połowa ludności miasta. Ocaleli jedynie obrońcy donżonu oraz ci którym udało się schronić czy to u naszego ludu czy też uciec na południe, za rzekę Grismerie. Trud przodków został uszanowany przez władców nadaniem licznych przywilejów mojemu ludowi.

                                                           Thorin Oakshield, mistrz górników z Parravonu

„Według statystyk prowadzonych przez miejscową świątynię Vereny w mieście w 2510 roku mieszkało 7500 mieszkańców, z czego 750 należało do krasnoludzkiej rasy, 250 było potomkami Niziołków osiadłych w mieście w czasach Trzech Imperatorów. Wśród wspomnianej liczby ludności znalazło się 500 ludzi pochodzących w większości z Imperium, ale także z Tilei oraz Kisleva – w większości potomków ludzi którzy uciekli do Imperium w czasie wieku Trzech Imperatorów. Wśród znaczniejszych obcokrajowców ze wschodu można wymienić ambasadora Imperium, pochodzącego z Wissenlandu barona Wilhelma von Sapponatheim. Żaden elf nie mieszka w mieście na stałe.”

                                                           Rajtar Imperialny, podróżnik

Dane z roku 2510 nie są pewne, prawdopodobnie chodziło o liczbę osób płacących w mieście podatki a także kapłanów i szlachtę. W 2520 rok wg szacunków kapłana Vereny Ulricha Schulza odwiedzającego to miasto liczba mieszkańców wynosiła około 22,500. Wśród tej liczby najwięcej było ludzi, resztę stanowiły krasnoludy których populacja wg nich samych wynosiła 1,500 oraz niziołki których liczbę szacowano na 750. W mieście nie zauważono gnomów ani elfów, ale pierwsza z tych ras często mieszka wśród krasnoludów – swoich kuzynów, a elfy bywają okazjonalnie w mieście.

„Garnizon książecy jest znacznie mniejszy od dowolnego imperialnego regimentu piechoty i liczy około 500-700 żołnierzy, strażników a także niewielki kontyngent rycerzy. Straż miejska liczy 120 ludzi, dowodzona przez Henriego de Viereville oraz Jeana Lascarte. Dodatkowo murów miejskich strzegą książęcy halabardnicy i łucznicy w liczbie 300. Liczba zbrojnych w mieście szacowana jest na 200, z czego niemal połowa z nich posiada niewielkie nadania w mieście oraz pobliżu. Osobną, w pełni uprzywilejowaną grupę stanowią rycerze księcia oraz ich służba liczący łącznie 120 mężczyzn. Dodatkowo obronę murów wzmacniają liczne balisty, katapulty oraz jedna armata podarowana przez władcę Karak Baraz.”

 

Spis najważniejszych miejscowości Księstwa Parravonu:

najwazniejsze-miejscowosci-ksiestwa-parravonu

9th Age – Wojenny Młot w nowej, lepszej odsłonie. środa, Wrz 7 2016 

5302-a3c16c0f-large

Stary Świat w moim sercu pozostanie wiecznie „żywy” i żadne Sigmar’s Age go nie zastąpi. Wielki ukłon dla twórców 9th Age – to co było dobre w starym, uwielbianym Młotku będzie alternatywą dla tych wszystkich, którym wizja GW nie odpowiada.

Dla wszystkich miłośników Bretonii dobra nowina – armia ta dostała porządną aktualizację (kryją się pod nazwą Kingdom of Equitaine).

Pozostaje tylko grać, czego sobie i wszystkim życzę.

 

Zoaty, fimiry oraz inne tajemnicze stworzenia wtorek, Lip 5 2011 

warhammer-storm-of-magic

Czyżby Fimiry, Zoaty oraz potwory Krasnoludów Chaosu wróciły do świata Warhammera? Tak, według podręcznika Burza Magii (Storm of Magic: The Book) owe stworzenia istniejące w pierwszych edycjach bitewniaka oraz w pierwszej edycji WFRP przywrócono oficjalnie do życia (u mnie istniały w II edycji). Sam podręcznik zapewne będzie równie wartościowym dodatkiem – tak dla fanów WFB jak i WFRP – przeróżne potwory które przez kilka ostatnich edycji bitewniaka nie gościły na bitewnych polach Starego Świata, zasady ich kontroli, magia. Zapowiada się ciekawie.

Ludzkość w świecie Warhammera sobota, Maj 21 2011 

4r3tb8

Ludzkość w Starym Świecie

    Zwiedziłem wiele krain zamieszkałych przez ludzi i jedno muszę przyznać – żadne państwo ani kraina, zamieszkała przez ludzi Starego Świata, czy nawet niezbyt odległa od nas, gorąca Arabia, nie równa się swą ludnością, potęgą i wielkością Imperialnemu Katajowi. Mimo że widziałem zaledwie kilka wielkich miast, wędrowałem wśród licznych wsi, solidnymi kamiennymi traktami je łączącymi. Z łaski mego gospodarza dane mi było obejrzeć Wielki Bastion, strzegący północnej granicy tego wspaniałego królestwa. Gościłem tam ponad rok i dane mi było dostrzec wiele rzeczy i spraw, o których tutaj w Imperium Sigmara niejednemu z was się nawet nie śni. Parę miesięcy gościłem w Weijin, stolicy tego olbrzymiego państwa. Wszystko co mnie spotkało zawdzięczam życzliwości tego, który rządzi Katajem, kierując swym państwem ze Smoczego Tronu. Z jego rozkazu na budowę nowych wałów przeciwpowodziowych zebrano sto tysięcy robotników. Zaprawdę wątpię, aby tutaj w kraju Sigmara znalazł się ktoś, kto byłby w stanie zgromadzić tylu ludzi, do prac przy umacnianiu czy budowie nowych wałów. Wątpię zresztą, czy nasz Imperator Karl Franz byłby w stanie opłacić tak monumentalne przedsięwzięcie, nie mówiąc o oderwaniu chłopów od ziemi. Tam, gdzie byłem, wola władcy była święta. Niedługo później dane mi było ujrzeć wielkie roboty ziemne, gdyż jako gość wraz z dworem udałem się je obejrzeć. Olbrzymia armia robotników pracowała w pocie czoła w zamian otrzymując przydział ryżu oraz zielonych liści herbaty, wszystko to wydawane przez urzędników z zapasów Smoczego Imperatora. W nagrodę pod koniec miesięcznej pracy każdy z robotników otrzymywał obiecaną żelazną monetę z otworem w środku, o wartości podobno odpowiadającej naszej złotej koronie. Wraz z dworem Smoczego Króla wyruszyłem na przegląd wojsk wyprawiających się na zachód, w celu oczyszczenia gór z gromadzących się tam ogrów. Królestwa Ogrów są znacznie oddalone od Imperialnego Kataju. Dotąd duże bandy tych potworów były rzadkością. Tym razem jednak zebrało się ich bardzo wiele. Z rozkazu mojego gospodarza w niecałe trzy dni pod murami stolicy zgromadziła się armia, licząca niemal pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy, należących zarówno do zastępów konnych, jak i jeszcze liczniejszej piechoty z przedziwnymi maszynami bojowymi, kilkunastoma tygrysimi działami, a także oddziały żołnierzy uzbrojonych w barwne rakiety. Kolejnego dnia rankiem wojownicy wyruszyli w drogę ku zagrożonym rejonom państwa, każdy regiment piechoty, każda chorągiew przemaszerowała przed pałacem Smoczego Imperatora. Nie wiem jak wy, ale ja śmiem wątpić, aby nasz Imperator był zdolny zgromadzić, w podobnie krótkim czasie równie wielką armią, do tego złożoną wyłącznie z własnych poddanych. U nas zawsze było pełno zwad i kłótni – czy to na dworach, czy nawet w obozach wojskowych. Tam zaś odbywało się to w ustalonym od wieków porządku. Od jednego z poznanych dworzan, wysokiego urzędnika Chan-Li usłyszałem, że to, co widziałem, jest zaledwie marną częścią olbrzymiej armii Kataju, podobno ledwie marną jego częścią. Chodzą słuchy, że broni go milion żołnierzy, a znaczna ich część stacjonuje w Wielkim Bastionie, pilnując aby żaden barbarzyński Hung, czczący Mroczne Potęgi, nie przełamał potężnego niegdyś muru. Zaprawdę dziękuję Sigmarowi, że nasze Imperium nie jest samo w swej nieustającej walce z Chaosem, lecz także w odległym Kataju może widzieć nie wroga, lecz sojusznika.

                            Werner von Grunwald, podróżnik

Powszechne wyobrażenie

    Drogi sąsiedziem, jam tom nigdzie nie był poza podgrodziem zamku naszego pana i jednom muszem przyznoć – Jesteśmy sami, a oprócz nas nie ma żadnych innych ludzi. Między bajdy wrzucić muszem bajania wędrownych grajków, jakoby istniało królestwom Bretoniom zwanem i było rządzonem przez króla z wsi zbudowanej z cegieł i kamieni. Skorom nie widział nic, prócz dużej ilości domostw pod zamkiem to znaczy, żem to com słyszał w karczmie o wielkim świeciem jest bajdom. Tak drogim kumie, możem liczyć wyłączniem na siebie oraz na naszego pana, gdym tem ruszy siem z zamku.

                        Henryk z Viereville, łowca z Artois

    Chłopcze, znowu pytasz mnie o rzeczy, na które nawet mi, uczonemu w piśmie, trudno znaleźć odpowiedź. Tym razem postaram się udzielić ci odpowiedzi na pytanie o to, jak liczną ludność ma nasze piękne Imperium. Przeglądałem liczne spisy, rozmawiałem z wieloma kapłanami i możnymi. Z tych rozmów mogę wywnioskować, że nasz wspaniały i wielki kraj zamieszkuje około dwudziestu milionów obywateli, zaledwie setna ich część należy do stanu szlacheckiego, w którym przyszliśmy na świat, kolejne dwieście tysięcy dusz znalazło swe powołanie w duchowieństwie, żyją przewodząc ludowi Sigmara, posługując w świątyniach bądź prowadząc żywot wędrownych kaznodziei, bądź też zamkniętych w klasztorach mnichów. Widzę, że nadal jesteś żądny informacji i postaram się powiedzieć, co tylko wiem, a więc nie opowiadałem jeszcze o naszej wspaniałej armii, oddziały z miast, elektorskie i możnych, czy też inne wojska stałe liczą około dwustu tysięcy żołnierzy, głównie pieszych, wspieranych przez nieliczną konnicę, liczącą dwadzieścia tysięcy jeźdźców. Na morzu służy zaledwie garstka poddanych Imperatora, ale nie posiadamy wielkiej floty, tak jak królestwo Bretonii, czy mieszkańcy niegdyś naszego Westerlandu, zwanego obecnie Jałową Krainą. Z nieludzi podobno najwięcej jest u nas niziołków, słyszałem, iż może ich być nieco poniżej pół miliona, wielu z nich mieszka w Krainie Zgromadzenia, około stu tysięcy mieszka w naszych miastach, żyjąc głównie z gastronomii i szwindlu. Zaraz po nich są nasi najbliżsi sprzymierzeńcy, krasnoludy, które opuściły swe górskie królestwa i zamieszkały wśród nas. Jeśli mogę być pewny, szacuję ich liczbę na nieco powyżej stu tysięcy, choć może być ich nawet dwu lub trzykrotnie więcej – krasnoludy bacznie strzegą swoich sekretów. Większość z nich żyje w miastach oraz w miasteczkach, a także, co nie powinno dziwić, w przykopalnianych osiedlach. Co więcej, połowa z nich wszystkich zamieszkuje w moim ojczystym Reiklandzie. Co do leśnych elfów i gnomów niczego nie jestem pewny. Żaden z obu wymienionych ludów nie płaci podatków Imperatorowi, przez co bardzo trudno jest oszacować liczebność ich populacji. Najwięcej leśnych elfów żyje w Lesie Laurelorn, choć ich osiedla zapewne znajdują się w każdym wielkim lesie naszego kraju. Gnomy żyły niegdyś na Lustrzanym Pustkowiu, ale podobno ich osady zostały zniszczone przez krwiożercze bestie. Oczywiście w naszym kraju żyją liczne inne stworzenia, ale trudno ocenić ich liczbę, bestie, gobliny, orki czy podstępni cyganie są niepoliczalni, choć bez wątpienia jest ich wielokrotnie mniej od prawowitych potomków Sigmara oraz dwunastu wodzów założycieli.

Albrecht von Zweiburg, do swego podopiecznego Wernera

Uczonym okiem

    Wiele razy opłynęłam znany nam świat i wiele zobaczyłam. Muszę przyznać z dość mieszanym uczuciem, że ludzkość zdominowała naszą planetę. Od ludnych krain Indu i Kataju, poprzez duże nadbrzeżne miasta arabskich kalifatów, wreszcie abym nie pominęła Starego Świata, zaludnionego przez różnorodne ludzkie narody. Tak dalece ludzie zdominowali swoją mnogością inne rasy, że tylko skaveny oraz gobliny mogą się z nimi równać pod tym względem. Marnym pocieszeniem jest to, że większość ludzi jest nam przyjazna, z takich czy innych powodów. Gdyby nie handel oraz nasza magia kto wie, czy nie próbowaliby i nas podbić? Ale nie, nie zrobią tego, gdyż tak nam, jak większości cywilizowanych krain, zagraża widmo wojny z tymi, którzy oddali się Chaosowi. Ludzkie plemiona Hungów, Kurgan, a także Norsmeni czczą Chaos, ponad pokój i handel, cenią mord i zniszczenie. Na szczęście dla nas, większość ludzi jest normalna, jednak nawet wśród nich zdarzają się zdrajcy własnej rasy.

                Iowinga Arista, kupiec morskich elfów

    Ludzie z Imperium są naszymi najwierniejszymi sojusznikami. To dzięki nim wiele wieków temu nasze królestwo przetrwało najazd zielonoskórych. Nadal walczą z naszymi wspólnymi wrogami takimi jak goblinoidy czy skaveny, które oni sami zwą szczurakami. Wśród nich jest wielu dzielnych żołnierzy i czarodziejów – stanowią dla nas nieocenione wsparcie w naszej niekończącej się wojnie. Jednak nawet wśród tak potężnego narodu, który niegdyś wydał na świat niebiańskiego Sigmara, spadły zepsute ziarna, zatruwając umysły części z poddanych Imperatora. Niestety zdrada kwitnie wśród nich w najlepsze i powoduje moje obawy. Coraz więcej ludzi oddaje cześć mrocznym bóstwom, zaś gdzieniegdzie słyszałem głosy namawiające ludzi do wypędzenia krasnoludów z ludzkich miast. Te głosy bez wątpienia nie należą do tych przyjaznych nam ludzi, lecz do tych, których dotknęła skaza Chaosu. Obawiam się, że wielu ludzi jest gotowych pójść za tymi głosami, chcąc pozbyć się naszego sąsiedztwa, chociażby ze względu na konkurencję ze strony naszych rzemieślników.

                Hargrim Siwobrody, kupiec krasnoludzki z Middenheim

    Gdyby nie ludzie, nasz lud mógłby sobie nie poradzić wśród tylu zagrożeń, jakie czają się na nas w otaczającym świecie. Kraina Zgromadzenia jest stosunkowo bezpieczna, otoczona przez krainy ludzi z Averlandu i Stirlandu, tylko czasem ze wschodu udaje się wtargnąć na nasze ziemie żywym trupom, okazyjnie zaś goblińskim jeźdźcom. Na szczęście nie są to przypadki częste, na Esmeraldę, ludzie Sigmara bacznie chronią swoich mniejszych braci. I choć wątpię, aby robili to ze szczerej sympatii, wszakże niektórzy nie przepadają za moim ludem, to muszę przyznać, że całkiem skutecznie chronią granicy przed orkami, goblinami i innym pomiotem. Dopóty będzie istniało Imperium ludzi, dopóty będzie istniał nasz lud czerpiąc zyski i łożąc do wspólnej szkatuły Imperatora.

                Starszy Hisme, imperialny elektor

Okiem wrogów

    Ludzkie bydło zawsze było w cenie tutaj w naszej mroźnej ojczyźnie, czy to jako tanie, ale jakże łatwo dające się zastąpić mięso armatnie, co mogę powiedzieć o barbarzyńskich Hungach, czy jako dary na ołtarzach Khaina. Niewinne i bezbronne ofiary porywane corocznie z dalekich krain, które oni nazywają Albionem, królestwem Bretonii, Jałową Krainą, Estalijskimi królestwami, czy nawet z bardziej cywilizowanej części Norski. Ludzie są jak trzoda, polowanie na nich niczym się nie różni od polowania na wielkie dziki czy inne bestie. Zatem zapamiętajcie moje słowa, traktujcie ich jak bydło, bowiem tak można nazwać tę szarą masę niewolników, żyjących na wybrzeżu i w głębinie lądów. Chwytać w kajdany wszystkich, a tych którzy stawiają opór mordować okrutnie, aby dać przykład reszcie, iż są nic nie wartą papką łajna.

            Fulgrin Mroczne Serce, przed atakiem na miasto Pecheurville

    Udzie som dobrem, my jeść udziem, udziem próbować uciekać, ale my mieć dobrom zabawem z łapać ludziem. Wielum my słapać i wziąś na później. Ludziem som słabem, my uciekać z nymi w górę, targoć z sobom kupem białego mięsa. Grasha wziął sobiem małem udź, Grasha walczył z wodom tryskajocom z łba udziem o długich odrostach, Grasha musiał strzelić biczem by zdobyć mały udź. Gdy Grasha siem walczył o udź, wpadły na nas te białem mięso i białem mięso na czteronożnych mięsiwach. Zabralim nom białem mięsom i popędzilim nas w gory.

            Grasha, po nieudanym odwrocie z Ostermarku

    Kiedyśśś wszyscy, wszyscy będziecie naszymi sługami, sługami. Tak ludziki, a ty co się tak gapiszsz? A masz łysa pokrako. Nędzne ludziki tylko biczem ich ssmagać, marne robaki. Dalej ruszszać sssię, nowy korytarz mma być gotów, mma być gotów. Dalej ruszać sięł, jeśli tunel nie będzie gotów ssam obedrem wass ze ssskór bezwłose kundle. To my rządzim światem, a nie wy przeklęte człeczyny.

            Squirt, skaveński inżynier z klanu Skryre

    Staroświatowcy są słabi i podatni na liczne pokusy. Jakże często, gdy prowadziłem swój oddział w głąb ich podobno potężnego państwa, widziałem strach w ich oczach, gdy moja banda ruszała w ich stronę. Wyżynało się ich niemal tak samo jak orków czy dzikie zwierzęta. Bowiem tylko głupcy mogą oddawać hołd bogom, których nie ma. Istnieją tylko Mroczni Bogowie, reszta to wymysł tych słabych południowców, którzy chcą żyć wolni od trosk i znoju. Ale my zaniesiemy im prawdę na naszych przesiąkniętych od krwi mieczach. Wcześniej czy później rzucimy Stary Świat na kolana. Spośród wszystkich południowców godnymi walki okazali się być wyłącznie Kislevczycy, od najmniejszego uczeni jak walczyć, kobiety broniące swych osiedli lepiej niż niejeden osobnik z Imperium nazywający siebie mężczyzną. Tak, to była piękna rzeź, po dobrej walce, Kislevskie osady płonęły, a trup ścielił się gęsto. Taki sam los spotkał wszystkich, którzy stali na mojej drodze, osady Ostlandzkie i Hochlandzkie. Mord dla czystej przyjemności zabijania to coś pięknego.

            Gerjones Słodkooki, Wybraniec Slaanesha

Historia ludzkości

    Nawet najmądrzejszy wśród biegłych w piśmie może mieć problemy z wyjaśnieniem tego, skąd wzięli się ludzie oraz kiedy przybyli na tereny, na których żyją w czasach obecnych. Źródła pisane posiadane przez ludzi pochodzą z czasów Sigmara i nam bliższych. Równie wiekowe zapiski zachowały się także w pradawnych bibliotekach Arabii oraz w Tilei. Mieszkańcy Albionu, Bretończycy, Estalijczycy, Kislevczycy oraz Norsmeni przywiązywali wpierw dużą wagę do słowa mówionego, dopiero potem sporządzili kroniki, bądź jak ci ostatni zapisali to i owo za pomocą tajemniczego pisma runicznego. Wiele legend, będących narodowymi eposami o wędrówce, zaginęło w pomroce dziejów, inne wraz z czasem uległy zmianom. Bardzo niewiele można się z nich dowiedzieć. Zapewne nie przybyli do Starego Świata z południa, lecz albo zrobili to na długo przed powstaniem potężnej Nekekhary, albo po tym gdy potężny Nagash został unieszkodliwiony przez żądne zemsty skaveny. Inną możliwością jest przyjęcie, że przybyli tutaj z południa Mrocznych Ziem. Być może było więcej miejsc pochodzenia ludzkości. Mieszkańcy Indu, Kataju oraz Nipponu być może pochodzą z innych obszarów, nie wspominając o tajemniczych Amazonkach, Pigmejach czy też Czarnoskórych mieszkańcach Południowych Ziem. Prawie nic nie jest pewne, choć jeżeli weźmiemy pod uwagę tajemniczych Pradawnych, niemal wszystko stanie się możliwe. Ludy Chaosu niemal na pewno mają te same korzenie co Kislevczycy, zaś Norsmeni długi czas żyli jako sąsiedzi Teutogenów i w ostateczności zostali przepędzeni przez poddanych Imperatora, dalej na północ. Po pewnym czasie dotarli do Norski i ulegli w znacznej części skazie Chaosu. Oczywiście nikt normalny nie powie przy Gospodarach czy Ungołach, że mają coś wspólnego z Dolganami czy innymi wyznawcami Chaosu, bowiem tysiąc i więcej lat temu ludy te poszły różnymi ścieżkami. Najprawdopodobniej pierwszymi mieszkańcami Starego Świata byli Estalijczycy oraz Tileańczycy. Spór o to, kto był pierwszy, trwa między tymi narodami do dzisiaj. Prawdopodobnie przodkowie Bretończyków, nim dotarli do obszaru, który obecnie jest zwany Bretonią, koczowali w zachodnich i południowych rejonach Imperium, po czym zostali zepchnięci za góry, przez lepiej zorganizowanych i liczniejszych przodków Averlandczyków, Reiklandczyków, Was-Jutonów oraz Wissenlandczyków. Na dalekiej północy żyli wtedy Ungołowie, którzy panowali nad Wielkim Stepem i których nikt nie był w stanie stamtąd wypędzić. Nic nie jest pewne odnośnie ludności Albionu. Być może zostali przepędzeni z Norski przez przybyłe tam ludy Norsi, bądź też przepędzili ich Bretonowie z północnej części obecnego królestwa bretońskiego. Nic nie jest pewne. Elfy nie dzielą się swoją wiedzą, zaledwie część informacji można znaleźć w poezji i pieśniach wykonywanych przez nielicznych minstreli. Krasnoludy są o wiele bardziej przychylne ludziom, toteż z ich kronik można dowiedzieć pewnych rzeczy o migracjach. Według nich, pierwsi ludzie przeszli przez przełęcze około półtora tysiąca lat przed narodzeniem Sigmara. Plemiona niewiele różniły się między sobą, choć pewne drobne różnice zostały zanotowane przez krasnoludzkich mędrców. Pierwsze ludy były przodkami Estalijczyków i Tileańczyków, mówiły melodyjnym językiem, na który prawdopodobnie później nałożyły się też słowa elfów. Około tysięcznego roku Bretonowie zostali przepędzeni za Góry Szare. Od tego momentu migracja przyhamowała, a następnie w całości ustała. Ludzie Starego Świata podzieleni na liczne, na ogół niewielkie, społeczności musieli stawić czoła liczniejszym goblinoidom.

Początki ludzkości w Starym Świecie

    Pierwsi ludzie, którzy przybyli na tereny Starego Świata, zajmowali się głównie łowiectwem, zbieractwem oraz hodowlą. Dopiero na miejscu zdobyli wiedzę na temat uprawy wszelakich zbóż. Od tego momentu zaczęły powstawać pierwsze ludzkie osiedla. Mimo że ludzie przemieszczali się jeszcze w kolejnych latach, żadna migracja nie osiągnęła rozmiarów sprzed czterech tysięcy lat. Około dwóch i pół tysiąca lat temu liczba ludzi nie była znacząca, było ich maksymalnie kilka milionów. Byli podzieleni na kilkadziesiąt plemion mniej lub bardziej ze sobą powiązanych. Wówczas ludzkość zaczęła wydzierać kolejne obszary puszczy pod orne pola, dochodziło do częstych walk zarówno między nimi, jak i ze stale zagrażającymi ludzkości orkami i goblinami. W tamtych czasach nie było to jedyne zagrożenie dla ludzkości. W górach pełno było trolli, gigantów oraz innych bestii. Także legendarne smoki nie były wówczas legendą, a realnym zagrożeniem dla bytu ludzkości. Znaczne obszary pozostawały poza kontrolą ludzi, w tych czasach w lasach żyło więcej elfów, niż w czasach współczesnych.
   

    Kiedy przodkowie Tileańczyków pośredniczyli w handlu między elfami a krasnoludami, mieszkańcy północy Starego Świata toczyli krwawe walki o ziemię. Niemal każdy mężczyzna z plemienia Teutogenów uczestniczył w niekończących się wojnach. Potrafili wyruszać w liczbie nawet kilkudziesięciu tysięcy, by palić, plądrować, rabować i gwałcić. W ten sposób za przyzwoleniem Sigmara pozbyli się żyjącego na północy ludu Norsii oraz przepędzili Was-Jutonów na bagna, niegdyś zielonej, Jałowej Krainy. Ludzie powoli rośli w siłę, najszybciej rozwijały się kraje południa w mniejszym stopniu narażone na ataki orków, niż ich pobratymcy z północy. Ludne, jak na owe czasy, ziemie były narażone na ataki Mrocznych Elfów, wiecznie szukających niewolników. Królestwo Nekekhary prowadziło ożywiony handel z przodkami dzisiejszych Tileańczyków oraz Estalijczyków. Wpływy królów pradawnego, obecnie wymarłego, państwa sięgały daleko poza granicę Rzeki Mortis (Śmierci), niegdyś zwanej Rzeką Vitae (Życia). Kiedy na południu rozkwitało wielkie imperium, na północy ludzie martwili się o to, aby przetrwać nawałnicę orków oraz wojny plemienne. Prawdopodobnie w czasach świetności Nekekhary na dalekim wschodzie powstało potężne Imperium Kataju. Ludy Indu oraz Nipponu nigdy nie posiadły takiej organizacji państwowej, jak ich sąsiad. Na południe od nich żyją barbarzyńskie ludy łowców głów, jednak nie stanowią spójnego państwa. Dzielą się na liczne, niewielkie, ale wrogo do siebie nastawione plemiona. Oprócz Arabii, Dalekiego Wschodu i Starego Świata ludzkość opanowała także inne części planety. Także w Lustrii istnieją ludzkie osiedla. Jako pierwsi, odkryli ją Norsmeni, szukający ziemi, której brakowało w ich ojczyźnie. Dopiero po nich, w roku 1492 odkrył ją Marco Colombo. Trudny klimat, długa droga przez Wielki Ocean oraz Wysokie Elfy, które były nieprzyjaźnie nastawione do ludzi płynących na zachód, sprawiły, że do tej pory powstało tam bardzo niewiele ludzkich osiedli, a i one stale zmagają się z licznymi zagrożeniami. W Lustrii żyją także tajemnicze Amazonki oraz co nie jest do końca potwierdzone Pigmeje, według niektórych uznawani za rasę Niziołków aniżeli za plemię ludzi. Najpotężniejsze państwo Starego Świata – Imperium posiada niewiele kolonii, do których najczęściej wysyła więźniów: Neuland – skrawek terenu na Albionie oraz Sudenburg na południu Arabii. Wiele ludzkich plemion, które nie mogąc znaleźć ziemi, dotarło na daleką północ, nadal wiodą żywot barbarzyńców i koczowników.

Języki ludzi

    Ludzkie królestwa Starego Świata są stosunkowo młode, w porównaniu do bardziej dojrzałych organizmów państwowych, takich jak Imperium Kataju czy wymarła Nekekhara. Wszystkie ludzkie narody tego kontynentu niegdyś mówiły jedną mową, która wraz z czasem ewoluowała w języki takie jak: Albioński, Bretoński, Estalijski, Kislevski, Norsów, Reikspiel, czy Tileański. Jedynie mowa Ungołów pochodzi z innej grupy języków bardzo zbliżonej do mowy Dolgan. Przodkowie obecnych Staroświatowców na swej drodze spotkali elfy i krasnoludy, od nich zaczerpnęli wiele określeń dla rzeczy i pojęć, które pochodzą od starych ras. Wraz z czasem także mowa ewoluowała tak, że po 4,000 lat Bretończyk nie zrozumie mieszkańca Imperium. Ludy wschodnie oraz północne bez wątpienia należą do innej grupy językowej, podobnie jak wspomniani Ungołowie oraz ludność Arabii. Co do pigmejów, to nawet nie wiadomo, jak się znaleźli w Lustrii, a o Amazonkach wiadomo tyle, że w ich żyłach płynie krew Norsów.

Królestwa ludzi

Stary Świat

Albion

    Jeśli można mówić o zaawansowaniu technologicznym, to nawet Bretończyków można uznać za nowoczesny naród. Mieszkańcy Albionu, zamglonej wyspy, położonej na północny zachód od bretońskiego księstwa Akwitanii, zatrzymali się w rozwoju na etapie, na jakim znajdowały się plemiona założycielskie Imperium, w czasach Sigmara. Bagna, kamienne kręgi, klify, gęsta mgła, a także ciągłe opady nie rozpieszczają mieszkańców. Miałem okazję zobaczyć na własne oczy kilka osiedli w tej krainie. Żadne nie równało się wielkością z naszymi wspaniałymi miastami. Neuland, gdzie nasi kupcy mogą prowadzić interesy z tubylcami, jest niewielkim obszarem pozostającym pod władzą imperialnego pieniądza. Dwie setki żołnierzy, dziesięć dział oraz około trzech tysięcy mieszkańców jest namiastką naszego potężnego kraju na tej ziemi. Liczne interesy prowadzą tutaj kupcy z Imperium, głównie pochodzący z Nordlandu i Ostlandu.

                Werner von Grunwald, podróżnik

    Ludność nieprzyjaznego Albionu liczy sobie nieco poniżej dwóch milionów mieszkańców, podzielonych na wiele mniejszych plemion , rozrzuconych po całej wyspie. To tutaj znajdują się liczne kręgi Dawnej Wiary oraz magiczne głazy Ogham. Albion jest ostatnim miejscem w Starym Świecie, gdzie niemal wszyscy oddają cześć Bogini Matce. Nie ma tutaj tak wielkich różnic klasowych, jak na kontynencie. Nie istnieją tutaj wielkie miasta – największe osiedla liczą prawdopodobnie parę tysięcy mieszkańców. Na wyspie oprócz ludzi żyje liczna populacja gigantów, a także znaczna populacja jaszczuroludzi, którzy zamieszkują w magicznie utworzonej dżungli. Mieszkańcy Albionu są często napadani przez szukające ofiar Mroczne Elfy oraz przez Norsmenów. W czasach pomiędzy najazdami, zdarza im się toczyć liczne wojny plemienne, toteż często są zmuszeni sięgać po broń.

Bretonia

    Najwięcej czasu spędziłem w siodle wędrując po ojczystej ziemi, którą przemierzyłem wszerz i wzdłuż jako błędny rycerz w ciągu trzyletniej wędrówki. Wiele razy odwiedzałem sąsiedni Parravon, byłem w przeklętym Mousillonie i porośniętym prastarym borem Artois, walczyłem u boku księcia Huebalda z żelaznymi orkami, ale nigdzie nie było tak wspaniale jak w ojczystym Montforcie. Jedynie słoneczną Estalię stawiam na równi z nim. Nigdzie też prosty lud nie jest traktowany tak, jak w moim ojczystym księstwie. Wszyscy poddani króla mogliby się uczyć od księcia Folcarda, jak należy traktować podwładnych. Nigdzie też w królestwie nie widziałem równie bitnych piechurów jak ci, którzy rodzą się w naszym księstwie. W paru bitwach, w których dane mi było wziąć udział, chłopskie fyrdy były posyłane na wroga po to, aby rycerze mogli się przygotować i uzbroić. Niewyszkoleni chłopi ginęli setkami w walce z orkami czy bestiami po to tylko, aby ich panowie mogli uderzyć na wymęczonych wrogów. Oczywiście nie wszyscy możni tak czynili, miłościwie nam panujący król Louen Lwie Serce nigdy nie postąpił w ten ohydny sposób. Tak czy inaczej możnowładcy, którzy nie mieli szacunku dla życia swych poddanych, których mieli ich podobno pod dostatkiem. Do walki często wysyłali przestępców, złodziei oraz bandytów, aby ci krwią zapłacili za swe winy. Niektórzy nie szczędzili nawet swych pachołków, toteż nieraz po bitwie musieli poważnie uzupełniać swe nadwątlone siły. Muszę stwierdzić jedno, że królestwo jest bardzo nierównomiernie zaludnione. Takie księstwa jak Montfort czy Parravon posiadają niewielki obszar i stosunkowo dużą liczbę ludności, podczas gdy Akwitania, Artois, Carcassone czy Quenneles są niewiele słabiej zaludnione, jednak mają o wiele większą ludność od obu wspomnianych na początku prowincji. Bardzo wiele osad znajduje się nad rzekami, zwłaszcza nad Gileau, Grismerie czy w dolinie rzeki Sannez. W nadmorskich prowincjach częściej spotyka się ludzkie osiedla, choć czasem można trafić na opustoszałą rybacką wioskę bądź nawet niewielkie miasto. Mimo to są one ponownie zasiedlane przez osadników, uciekających do bezpieczniejszego życia z dala od leśnych bestii czy orków.

            Louis de Beauville, rycerz królestwa

    Jedno z największych państw Starego Świata, nieznacznie mniejsze od Kisleva, ale znacznie bogatsze i posiadające o wiele większą liczbę ludności. Bretonia posiada liczne obszary uprawne, pastwiska i znane na kontynencie winnice. Zamieszkuje ją około piętnastu milionów ludzi, z czego większość z nich żyje z pracy na roli. Tylko nieliczni żyją w miastach i miasteczkach oraz dużych miastach portowych. W Bretonii znajdują się zarówno obszary gęsto zaludnione, jak i dzikie, gdzie żyją tylko nieliczni ludzie, bądź takie, gdzie stopy nie ośmielił się postawić nikt za wyjątkiem błędnych rycerzy. I tak w Lesie Loren, za wyjątkiem północnego skraju, nie mieszka nikt prócz tajemniczego leśnego ludu, który manipuluje potomkami Gilesa le Bretona. Bretończycy oddają cześć wielu bóstwom, jednak szlachta czci niemal wyłącznie Panią Jeziora. Królestwo nie posiada stałej armii. Każdy możny wystawia własne poczty złożone z rycerzy oraz zbrojnych, w razie wojny powiększane nawet kilkukrotnie przez chłopskich zbrojnych oraz liczne oddziały łuczników. Król oraz nieliczni możni posiadają stosunkowo liczne armie, złożone z pachołków i zbrojnych, ale nie jest to wielka siła, a w porównaniu z siłami Imperialnych elektorów wypadają marnie. Niemal każdy bretoński możny został przeszkolony w sztuce władania orężem, chociaż zdarzają się osobnicy ceniący sobie dobrą zabawę z kobietami oraz pijaństwo. Bretończycy posiadają liczną flotę wojenną, prawdopodobnie największą w Starym Świecie. W jej skład wchodzą zarówno nowoczesne galeony, jak i mniejsze okręty różnych typów. Strzegą one królestwa przed zakusami morskich grabieżców i łowców niewolników. Mimo to nie zawsze udaje im się uchronić wybrzeże przed napadami piratów dlatego wielu mieszkańców nadmorskich osad trafiło na ołtarze Khaina lub w Norsmeńską niewolę.

Imperium

    Gdy ukończyłem osiemnasty rok życia Matthias, mój ojciec, wysłał mnie na sławetną Nulnejską uczelnię, bym zdobył wszechstronną wiedzę, jakiej nie mógł mi przekazać Albrecht. Wytrwałem na studiach półtora roku, poznałem historię i język klasyczny, z innych nauk podchwyciłem to i owo, zwłaszcza z kartografii i filozofii. Nigdy nie byłem najlepszym studentem, wręcz zdarzały się momenty, że chcieli mnie wylać z uczelni. Prawdę mówiąc, uczenie się wielu nudnych i zbytecznych rzeczy, jakie wykładają na Nulnejskiej uczelni, nigdy mnie nie pasjonowało. Zdecydowałem się opuścić jej mury i zaciągnąć do służby w nowo tworzonej chorągwi rajtarów, wyposażanej za fundusze ze skarbca hrabiny Emanuelli. Po półrocznym szkoleniu na placu koszar, gdzie ćwiczyliśmy strzelanie oraz walkę w szyku, nasz oddział został wysłany na południe, by wesprzeć miasto Mortensholm w Księstwach Granicznych. Wraz z niemal dwoma tysiącami żołnierzy i najemników brałem udział w trzech bitwach z zielonoskórymi. Po skończonej kampanii w chwale bohatera wróciłem do Nuln. Jednak nadal czułem, że to nie to. Postanowiłem opuścić Nuln. Wraz z dwoma towarzyszami, którzy także czuli chęć zobaczenia tego, o czym opowiadają bardowie i o czym śpiewają elficcy minstrele, wyruszyliśmy w drogę. Objechałem w ciągu pięciu lat całe Imperium, zwiedziłem niemal każde wielkie miasto naszego kraju, poznałem niejeden zwyczaj i legendę, spotkałem się z lokalnymi wierzeniami sięgającymi często czasów przedsigmaryckich. W trakcie naszej wędrówki zginął Franz von Halderndorf, jeden z moich towarzyszy z czasów służby w rajtarach, drugi Erwin von Uternbaum, ożenił się z poznaną w Ostermarku wdową – co nie jest często spotykane wśród owdowiałych kobiet z tej prowincji. Nadal wędrowałem z innymi towarzyszami, poznałem dobrze wielu ludzi, a także kilku krasnoludów i elfa. Z niziołkami nie nawiązałem bliższego kontaktu, choć zamieszkują niemal każde ludzkie miasto, prowadząc tam swoje interesy. Na podstawie własnych obserwacji musze stwierdzić, że najwięcej ludzi żyje na południu i zachodzie kraju. Averland, Kraina Zgromadzenia, Reikland, Stirland wraz Sylvanią i Wissenland, są najgęściej zaludnione, żyje w nich niemal dwie trzecie ludności całego kraju, choć powierzchnię mają znacznie mniejszą od prowincji północnych i wschodnich. Na południu kraju łatwiej jest paść z ręki bandytów, gdyż bestie Chaosu są tam rzadko spotykane, dopiero przy granicy z Górami Krańca Świata oraz Górami Czarnymi łatwo spotkać trolle, goblinoidy wszelkiej maści oraz potworności zrodzone z Chaosu, oczywiście także tam można spotkać ludzkich bandytów. W prowincjach mniej ludnych za to gęsto porośniętych lasami stosunkowo łatwo o spotkanie z bestiami Chaosu, goblinami czy nawet legendarnymi na południu potworami, takimi jak minotaury czy centigory. Wystarczy tylko zejść z uczęszczanego traktu i czekać. Po Ostlandzie i Middenlandzie krążą liczne legendy o dzieciach, które nie chcąc słuchać matki, oddalały się od miejsca zabawy w prastarą puszczę i nigdy nie widziano ich więcej żywych. Mieszkańcy północnych osiedli o wiele częściej muszą sięgać po broń, a ich wioski są o wiele lepiej przystosowane do obrony niż niejedno miasteczko na południu Imperium. Ciągłe zagrożenie ze strony lasu zahartowało tych ludzi. Stamtąd pochodzą najbitniejsze wojska z całego kraju Sigmara.

            Werner von Grunwald, podróżnik

    Największy kraj Starego Świata, liczący sobie niemal milion dwieście tysięcy kilometrów kwadratowych, zamieszkanych przez ponad dwadzieścia dwa i pół miliona mieszkańców. Niemal połowę powierzchni tego kraju porastają prastare lasy takie jak, Wielki Las, Drakwald, Las Cieni oraz Laurelorn. Lasy pokrywają obszary wielu prowincji; Hochland, Middenland, Nordland, Ostermark, Ostland, Sylvania oraz Talabecland są w znacznej części pokryte puszczą, żyje w nich około siedmiu i pół miliona ludzi, jedna trzecia całej ludności Imperium, mimo że ich obszar stanowi ponad połowę obszaru całego kraju. W pozostałych prowincjach żyje około piętnastu milionów ludzi, w tym niziołki z Krainy Zgromadzenia, których liczba sięga powyżej pół miliona istnień. Imperium posiada wiele dużych miast, w czterech największych żyje około trzystu sześćdziesięciu tysięcy mieszkańców. Bardzo wielu ludzi mieszka w miastach i miasteczkach, a zdecydowanie najwięcej, bo aż dziewięćdziesiąt procent ogółu, żyje na wsiach oraz w małych gospodarstwach, których setki tysięcy można spotkać w południowych rejonach kraju. Na północy rzadko kto odważyłby się mieszkać poza większym skupiskiem ludzkim. Państwo Sigmara posiada liczną armię, niemal sto tysięcy żołnierzy znajduje się na służbie Imperatora oraz książąt elektorów, zaś drugie tyle jest na utrzymaniu szlachty. Regularna armia nie jest jedyną siłą państwa. Liczne zakony rycerskie, najemnicy, a także oddziały złożone z ochotników często stanowią ważne uzupełnienie dla żołnierzy. Imperialni możni rzadziej bawią się w wojaczkę niż ich bretońscy sąsiedzi, rycerze w Imperium są stosunkowo nieliczni, jednak często decydowali o losach bitew. Armia wyposażona jest w liczne działa, moździerze oraz inne nowinki techniczne, a także nierzadko wspierają ją czarodzieje. Oprócz wojska porządku w tym bogatym i wielkim kraju strzegą strażnicy dróg oraz straż rzeczna, obie formacje razem liczą kilkanaście tysięcy członków. Poza ludźmi i niziołkami w kraju żyje około ćwierć miliona krasnoludów, mieszkających głównie w dużych miastach oraz na zachodzie. Mieszka tutaj także bliżej nieznana liczba elfów, których osiedla są rozrzucone po całym kraju. Niemal połowa Nordlandu znajduje się pod ich kontrolą, mimo iż ludzie uważają ich las za swoją własność, czego jednak nie są w stanie zdobyć.

Jałowa Kraina

    Byłem tam na wiosnę wraz z młodszym synem margrabiego Gastona de Montville. Mieliśmy udać się do Marienburga, by zakupić zbroję dla Charlesa, którym opiekowałem się podczas podróży. Wzdłuż traktu znajdowały się liczne zajazdy oraz liczne ludzkie osiedla. Wiele też było ruin, pozostałość po wojnach granicznych, które czasem rozgrywają się między miastem a naszymi margrabiami. Samo miasto jest otoczone bagnami i posiada potężne fortyfikacje, jakich nie posiada nawet Gisoreux, podobno największe miasto w mojej ojczyźnie. W samym porcie mieliśmy okazję zobaczyć liczne statki Jałowej Krainy, przynoszące miastu bogactwo. Nie mogę uwierzyć w zapewnienia dziadka, że nasze królestwo posiada liczniejszą i sprawniejszą flotę, gdyż to, co zobaczyłem w Marienburgu, przerosło moje wyobrażenie na temat liczebności floty. To tutaj ma swoją siedzibę poświęcony Maanamowi Zakon Trytona, posiadający własną flotę wojenną. Na ulicach jest zawsze pełno ludzi, chociaż w nocy robi się tu dość niebezpiecznie. Raz próbowali nas napaść, ale po tym jak jeden z napastników został ciężko ranny, jego towarzysze zwątpili i uciekli. Rannemu darowałem życie i oddałem do jednego ze szpitali prowadzonych przez siostry Shallyi. Gdy wymierzyliśmy zbroję, Charles zechciał zobaczyć wielkie bory Imperium, toteż udaliśmy się na południe wzdłuż rzeki Reik. Pełno jest tutaj młynów, miast, wsi, a liczne gospodarstwa wyrastają niczym grzyby po deszczu. Nie cała Jałowa Kraina jest zielona, na północy znajdują się obszary zniszczone według tego, co słyszałem, przez magię. Nie wiem, czy nadal istnieją stwory z bagien zwane przez miejscowych Fimirami, ale to ponoć ich pojedynek wraz z szczurzymi czarownikami zniszczył całe połacie terenu, stanowiącego podobno ponad połowę obszaru tego kraju.

            Louis de Beauville, rycerz królestwa

    Jałowa Kraina była niegdyś częścią Imperium, ale po secesji ogłoszonej jakieś sto lat temu oderwała się od niego i stanowi osobne państwo. Jej obszar stanowiący nieco powyżej stu tysięcy kilometrów kwadratowych zamieszkuje około półtora miliona mieszkańców, w głównej mierze ludzi, chociaż w samym Marienburgu będącym stolicą tej krainy mieszka około pięciu tysięcy elfów poddanych Króla Feniksa. Dzięki kontaktom handlowym z Ulthuanem, a także strategicznym położeniu u ujścia Reiku miasto jest jednym z najbogatszych i największych w Starym Świecie. W Jałowej Krainie prawie nie ma szlachty, a majątki szlacheckie są niewielkie. Znaczna część populacji mieszka na wybrzeżu oraz w południowej i zachodniej części kraju. Północno-wschodnie tereny zostały niegdyś obrócone w pustkowia w trakcie magicznej bitwy stoczonej między Fimirami a Skavenami. Westerlandczycy, jak się o nich mówi, wierzą w te same bóstwa co mieszkańcy Imperium, za wyjątkiem Sigmara, który będąc bóstwem opiekuńczym Imperium odpowiada za jedność kraju, z której to Westerland się wyłamał. Jałowa Kraina posiada liczną flotę handlową oraz wiele okrętów wojennych. Na lądzie porządku pilnują nieliczne oddziały wojska i straży drogowej, wspierane w razie kłopotu najemnikami oraz pospolitym ruszeniem. Pogranicze nie jest spokojne. Zdarzają się porwania ludzi na wybrzeżu, a także rajdy bestii na wschodnich obszarach kraju. Na zachodzie często dochodzi do grabieżczych wypadów bretońskich możnych. Tylko granica z Reiklandem ze względu na handel pozostaje wolna od nieporozumień.

Kislev

    Na wschód od naszego wielkiego i potężnego kraju leży sojuszniczy Kislev, kraina znana z wielkich trawiastych stepów, znikomego zaludnienia oraz waleczności swoich mieszkańców. Kraina carów, chyżych koni i wódki jest zaludniona bardzo nierównomiernie. Najgęściej zaludnione obszary są położone na południu i zachodzie kraju, w pobliżu stolicy państwa oraz miasta portowego Erengradu znajdują się niezliczone kislevskie osiedla. Im dalej na północ, tym mniej ludzi. W pobliżu Praag i na wschód od niego jest równie pusto jak w Ostenmarku, zaś na północ od rzeki Lynks znajdują się wyłącznie rozproszone stanice. Trzon mieszkańców północnego stepu oraz Kraju Trolli stanowią koczownicy, głównie Ungołowie. Rzadko można napotkać innych ludzi, najczęściej grabieżców z północy. Poza południem i zachodem, jak już wspomniałem, reszta kraju jest niemal wyludniona, zwłaszcza obszary północne, gdzie łatwo jest się zgubić i długo trzeba krążyć, aby natrafić na ludzkie osiedla. Oczywiście w razie podróży w te rejony warto nająć ungolskiego przewodnika, step jest dla nich domem. Praag oraz tereny wschodniej części kraju były często najeżdżane. Ludzie żyją tutaj w dużych osiedlach po to, aby łatwiej było się im bronić przed zakusami północnymi, jak to zwą, wyznawców Chaosu.

            Werner von Grunwald, podróżnik

    Olbrzymie państwo na wschodzie, które stale odpiera ataki najeźdźców z Północy. Kislev jest powierzchniowo mniejszy od Imperium. Liczy sobie nieznacznie poniżej miliona kilometrów kwadratowych, jednak jeśli chodzi o ludność daleko mu do znacznie mniejszych powierzchniowo krain. Sporą część jego obszaru stanowi trawiasty step oraz niegościnny Kraj Trolli. Im bardziej na północ, tym mniejsza liczba ludności. Łącznie w kraju carów żyje około siedmiu i pół miliona ludzi, z czego zdecydowana większość mieszka w południowych rejonach kraju oraz na zachodzie, głównie w Erengradzie i jego pobliżu. Obszar wschodni, tereny w pobliżu Praag są mniej ludne od południowych, jednak o wiele bardziej zaludnione od terenów północnych, na których niemal nie sposób odnaleźć ludzką duszę. Kislevczycy czczą swoich bogów Daża, Tora i Ursuna, choć na południu oddają także cześć bóstwom, które przybyły wraz z wędrowcami z Imperium. W Kislevie żyją dwa ludy: Gospodarowie oraz Ungołowie – tych pierwszych jest dwukrotnie więcej. W państwie carów są trzy wielkie miasta oraz wiele mniejszych osiedli. Łącznie w miastach mieszka około pięciu procent ludności, największym z nich jest stolica państwa – Kislev. Carat nie posiada stałej armii. Każde miasto, każda stanica, każdy bojar posiada własne oddziały, które na okres wojny tworzą pułki, łączące się wówczas w armię Kisleva. Caryca posiada liczne własne oddziały złożone z kozaków, pieszych strzelców, artylerii oraz pewnej liczby lansjerów, których wystawia w mieście Kislev. Legion Gryfa także jest na jej usługi. Oczywiście Kislevczycy w chwili potrzeby są w stanie wystawić znaczną liczbę konnych wojowników, gdyż toczą nieustanne walki z bandami Chaosu i goblinami. Niemal co piąty mężczyzna Gospodarów jest sposobiony do walki, choć na co dzień może uprawiać ziemię bądź zajmować się hodowlą. Ilość wojowników u tych Ungołów, którzy są koczownikami jest większa, bowiem są oni o wiele częściej narażeni na ataki Norsów i Kurgan, toteż muszą się umieć bronić. Kislev nie posiada floty wojennej, a caryca okazjonalnie wydaje listy kaperskie. Kraj carów jest zagrożony niemal z każdej strony. Najbezpieczniejsza granica przebiega na zachodzie z jedynym prawdziwym sojusznikiem carów – państwem Sigmara. W Kislevie nie ma niemal w ogóle nieludzi, chociaż w Erengradzie swoją dzielnicę i interesy posiadają elfy z Ulthuanu.

Królestwa Estalijskie

    W czasach, kiedy byłem jeszcze błędnym rycerzem, wyruszyłem wraz z mymi wiernymi towarzyszami z górzystego Montfort. Przemierzaliśmy liczne, zapomniane szlaki Lasu Arden i Blade Siostry, odwiedziliśmy Marienburg, przemierzyliśmy przełęcz Bladej Damy docierając do Ubersreiku. Nigdzie jednak nie było tak dobrze, jak w północnym estalijskim królestwie Bilbali. Szlachta gościła nas tam niczym swoich, toteż spędziliśmy w tym królestwie niemal pół roku na licznych ucztach i polowaniach u możnych tej ziemi. Będąc w gościnie, parę razy walczyłem z bandytami z gór oraz z orkami. Mimo że w Estalii nie ma ich tak wielu, potrafią napsuć ludziom krwi. Same królestwa są pełne miast, zaś największe z nich, mimo iż nie są tak wielkie jak Marienburg, są pełne majestatu i bogactwa. W trakcie wędrówki po traktach nietrudno o spotkanie ludzi, czy to karawan kupieckich, czy ludzkich osiedli pełnych przyjaźnie nastawionych kmieci.

            Louis de Beauville, rycerz królestwa

    Królestwa Estalijskie to w zasadzie dwa państwa, w których główną rolę wiodą dwa miasta – Bilbali na północy oraz Magritta na południu. Inne mniejsze księstwa oraz hrabstwa są z nimi mniej lub bardziej związane przez koligacje rodzinne bądź z powodu wspólnych interesów. Obszar królestw zajmuje powierzchnię ponad trzystu tysięcy kilometrów kwadratowych, z czego niemal trzecią część powierzchni zajmują góry Irrana. Tereny wewnątrz kraju są niemal odludne, a im bliżej wybrzeża, tym więcej ludzi. Znaczna część około dziesięciomilionowej populacji kraju mieszka na wsi. Królestwa słyną z dwóch wielkich miast, porównywalnych ludnościowo z imperialnym Nuln, ale znajduje się tutaj olbrzymia liczba mniejszych miast, porównywalnych w wielkości do Carroburga czy Kemperbadu. Największym zagrożeniem są ludzcy bandyci. Ataki ze strony stworów Chaosu są rzadkie, częściej zdarzają się napady niezorganizowanych band goblinów lub lepiej zorganizowanych skavenów, ale nigdy nie na wielką skalę. W Estalii ludzie czczą cały panteon Starego Świata, choć szczególnie uwielbiają Verenę oraz jej córkę Myrmidię, której główna świątynia znajduje się w Magricie. Estalijczycy posiadają znaczną liczbę żołnierzy, choć daleko im do profesjonalizmu armii imperialnej. Ich siły liczą około stu tysięcy żołnierzy, głównie piechoty, ale zdarzają się też konni – zarówno ciężkozbrojni rycerze, jak i jeźdźcy walczący przy pomocy miotanego oszczepu. Piechota preferuje piki, szpady, a także kusze. Broń palna w postaci arkebuzów i dział także jest popularna, zwłaszcza na południu. Estalijczycy posiadają silną, choć stosunkowo nieliczną flotę wojenną, zaangażowaną w konwojowanie statków handlowych oraz strzeżenie wybrzeża przed zakusami piratów, zarówno tych, którzy rezydują na Sartosie, przed Arabami, Norsmenami, jak i Mrocznymi Elfami. W Estalii niemal nie ma nieludzi, chociaż w wielkich miastach można trafić do dzielnicy elfów z Ulthuanu.

Królestwa Norski

    Na dalekiej północy żyją liczne plemiona Norsmenów, mniej lub bardziej przyjaźnie nastawione do słabych południowców, jak zwykli o nas mówić. Wraz z moją załogą pływałem na „Królowej Północy” aż do zachodnich osiedli Skaelingów. Za zboże i egzotyczne towary z dalekiego wschodu kupowałem wielorybi tran i skóry. Wierz mi przyjacielu, nie wszyscy Norsmeni są tacy jak ci, którzy najeżdżają nasz kraj w bezustannej wojnie. Od miejscowego jarla zasłyszałem wiele historii o Norsce, gdyż on sam wyprawiał się często na północ w celach handlowych, czy też prowadząc działania wojenne przeciw Bjornlingom. Wypijmy za zdrowie tych Norsów, którzy są po naszej stronie. Karczmarzu, kolejka dla wszystkich! A wracając do tego, co usłyszałem, to muszę przyznać, że Norska jest olbrzymia i dzika, pełna fiordów, wysokich szczytów górskich, a i podobno jest tam górski lodowiec tak wielki jak Dobryrion. Nie ma tam wielu ludzi, a ich największe osiedle jest wielkości naszego Gersleva czy imperialnego Salzenmunda, w którym miałem okazję prowadzić niegdyś interesy. Podobno na północy nie mają wielkich osad, rzadziej też zajmują się rzemiosłem, za to o wiele częściej wyruszają łupić południowe krainy.

            Andriej Timoszenko, kapitan statku handlowego „Królowa Północy”

    Obszar Norski jest olbrzymi i liczy około półtora miliona kilometrów kwadratowych. Żyje tam około dwóch milionów mieszkańców, z czego niemal połowa z nich na północy, a reszta w spokojniejszych państewkach na południu krainy. Ci z północy często wyprawiają się na Stary Świat, by łupić i grabić. Z tymi z południa można handlować. Właśnie oni najczęściej odwiedzają Marienburg i inne porty jako kupcy. Norska mimo olbrzymiego obszaru jest niemal niezamieszkana. Wysokie szczyty, górskie lodowce i gęste lasy są schronieniem dla licznych zwierząt, ale także dla okrutnych posiadających białe futro bestii, gigantów chaosu, trolli, goblinoidów i innych wynaturzonych stworów z Północy. Ciężki klimat oraz liczne zagrożenia zahartowały niezwykle silny lud. Nie ma tu prawie w ogóle miast, a największe z nich jest rozmiarów Kemperbadu. Ludność Norski żyje głównie w niewielkich osiedlach, położonych niedaleko od morza. Większe osiedla zazwyczaj stanowią siedzibę miejscowego jarla. Wiele norsmeńskich osiedli jest samowystarczalnych, zarówno pod względem zaopatrzenia w jadło, jak i obronności. Prawie każdy mężczyzna potrafi walczyć, a w wielu osadach istnieje tradycja, że młodzieniec, który ukończyć określony wiek, musi wyjść w góry i wrócić z zabitą bestią. W razie niepowodzenia uznawany jest za niegodnego życia w społeczeństwie, nie potrafiąc go bronić. Norsmeni nie utrzymują armii, ale posiadają niemałą ilość wojowników-żeglarzy liczącą w teorii znacznie powyżej ćwierci miliona wojowników oraz liczne i szybkie okręty, zwane smoczymi okrętami. W Norsce żyją także krasnoludy stanowiące około pięciu procent ogółu całej populacji.

Księstwa Graniczne

    Dawno temu, kiedy byłem jeszcze młody, zaciągnąłem się do ochrony karawan kupieckich pewnego kupca z Trantio. Od tej pory, każdego dnia przez dziesięć lat pracy przeklinałem moment, w którym wstąpiłem na tę służbę. Mój pracodawca bowiem handlował bronią z władykami żyjącymi w Księstwach Granicznych. Byłem tam blisko sześćdziesiąt razy, tylko raz obyło się bez walki. Walczyliśmy zarówno z dzikimi orkami malującymi swe gęby na niebiesko, a także z goblinami i parszywymi szczuroludźmi, czającymi się na nasze żywoty już na Starej Krasnoludzkiej Przełęczy. Nieraz musieliśmy walczyć z ludźmi, bandytami, głodnymi chłopami, czy nawet ze zbrojnymi władyki, który nie chciał nam zapłacić za dostarczoną broń. Mówię wam, to było piekło. Kilka razy byłem ranny, ale Marco, mój pracodawca, dbał o swoich ludzi, toteż nie odszedłem od niego po pierwszej wyprawie. A Księstwa Graniczne to krainy odludne, niewielu jest tutaj ludzi, osady są sporej wielkości i niemal każda posiada fortyfikacje. Ich miasta są dużo mniejsze od naszych, tileańskich. Są też bardzo zróżnicowani etnicznie. Żyją tam zarówno Bretończycy, ludzie pochodzący z Imperium jak i moi rodacy, którzy z różnych przyczyn woleli uciec do piekła niż zostać w ojczyźnie. Oczywiście mój pracodawca dobrze mi płacił, bowiem za każdą wyprawę każdy otrzymywał 10 złotych koron oraz drugie tyle po powrocie. Tym, którzy przesłużyli u niego dziesięć lat, pomagał w znalezieniu spokojniejszego zajęcia. Teraz mam wreszcie czas, aby odpocząć, od czasu do czasu pilnując ludzi pracujących w mojej winnicy.

                Andrea Biazzi, niegdyś najemnik, z pochodzenia Remeańczyk

    Księstwa Graniczne zajmują obszar liczący około trzystu tysięcy kilometrów kwadratowych, zamieszkały przez ponad trzy miliony ludzi. Znajdują się tu setki państewek różnej wielkości, które toczą wojny między sobą oraz wspólnie radzą sobie z innymi zagrożeniami, takimi jak bestie, skaveny oraz przede wszystkim z goblinoidami wszelkiej maści. Ciągłe wojny, bandyci są powszechni w tym rejonie, gdzie nie istnieje władza centralna. Częstym widokiem są wymordowane wsie, gwałty oraz przemarsze wojsk karnych najemników, czy też zaprawionych w bojach chłopów uzbrojonych w łuki i topory, wspieranych przez doborową jazdę. Większość mieszkańców tego obszaru stanowią potomkowie uciekinierów z Imperium, chociaż zdarzają się tutaj także obszary zasiedlone przez ludność bretońską i tileańską oraz przez liczne inne ludy. Jest ich jednakże znacznie mniej niż ludzi mówiących Reikspielem. Na obszarze Księstw Granicznych znajduje się wiele rozrzuconych miast, sporo fortyfikowanych wiosek oraz ruin. W Księstwach Granicznych czczą te same bóstwa, w które wierzą ludzie w Imperium. Potomkowie bretońskich rycerzy czczą Panią Jeziora, zaś gdzieniegdzie niemal otwarcie wyznaje się zakazane bóstwa, co jednak nie jest tolerowane długo przez sąsiadów. Władcy poszczególnych księstw posiadają różnej wielkości oddziały złożone z własnych poddanych, a także czasem sięgają po pomoc najemników, zwłaszcza gdy lojalność ludności jest wątpliwa. Na tym obszarze często dochodzi do egzaltacji przemocy. Wielu ludzi ginie, lecz na ich miejsce zawsze przybywają nowi. Awanturnicy, wygnańcy, uciekinierzy ze stryczka, nieraz całe rody skazywane na banicje często wraz ze swymi poddanymi opuszczają swój dom, by tutaj rozpocząć nowe życie. Żadne miasto Księstw Granicznych nie wystawia floty wojennej, choć niektórzy zaadaptowali stare statki kupieckie do celów wojennych, do piractwa albo do patrolowania szlaków handlowych ze wschodnią Tileą. Krasnoludy posiadają na terenie uznawanym za Księstwa Graniczne swój port Barak Varn, jest to jednocześnie największe miasto tego obszaru.

Tileańskie miasta – państwa

    Kiedy podróżowałem przez obszary u nas nazywane Tileą, miałem wrażenie, że nasze miasta, które uważamy za wielkie, nie są wcale takie wielkie. Tym samym miasta, które my uważamy za duże, u Tileańczyków uchodzą za małe. Przez całą drogę, którą wędrowałem od Rzeki Ech po położone na południu Luccini, nie było dnia, bym nie spotykał ludzi. W Tilei jest dużo ludzkich osiedli. Są wszędzie. Tylko nasze południowe i zachodnie prowincje mogą się równać pod względem gęstości populacji temu, co widziałem w tym słonecznym kraju. Wydawało mi się to jakże miłe w porównaniu do wędrówki przez niemal odludny Ostland czy Ostermark, albo w niemal połowie niezamieszkały Middenland, o mroźnym Kislevie nie wspominając. Ludzi w tych prowincjach jest jak na lekarstwo. Teren zajęty jest albo przez las, albo przez innego rodzaju pustkowie. Zapewne żyje tam więcej bestii niż ludzi, ale to tylko moje własne spostrzeżenie, przyjacielu. Miasta mają gwarne i wielkie – Remas, Miragliano, Lucinii, Trantio, Pavonę czy Tobaro, o którym wiele słyszałem, za to nie miałem okazji zobaczyć ich na własne oczy. Na prowincji znajduje się wiele pomniejszych osiedli z bielonymi domami, położonymi w niezwykle malowniczych rejonach, które są wkomponowane w górzysty krajobraz. Liczne gaje oliwne, winnice oraz stada trzody pogłębiają wrażenie idylli. Osiedla posiadają jedynie proste mury, mające powstrzymać wilki bądź złodziei, aniżeli stanowić realną zaporę dla tego, kto chciałby je szturmować.

                Werner von Grunwald, podróżnik

    Tileańskie miasta – państwa obejmują stosunkowo niewielki obszar około dwustu trzydziestu tysięcy kilometrów kwadratowych, zamieszkały przez około dwanaście i pół miliona ludzi. Jest to najgęściej zaludniona kraina Starego Świata. Największe skupiska ludności znajdują się na wschodzie, najmniej ludzi mieszka na Sartosie (około osiemdziesięciu tysięcy) oraz w Tobaro i na wyspach w jego okolicach położonych (ledwie trzysta czterdzieści tysięcy). Także na zachód od Miragliano znajdują się obszary słabiej zaludnione ze względu na sąsiedztwo Dusznych Bagien i mieszkających tam skavenów, z którymi Tileańczycy, a zwłaszcza mieszkańcy dumnego miasta setek mostów, stale prowadzą wojnę. W Tilei jest dużo wielkich miast, a także dużo miast średniej wielkości. Osiedla są tu położone blisko siebie. Na łagodnych stokach wzgórz znajdują się liczne winnice, gaje oliwne oraz pastwiska kóz i owiec. Mimo stosunkowo niewielkiego obszaru jest to kraina ludna, choć targana konfliktami głównie między ludźmi, nie ma tu prawie wcale bestii Chaosu ani zielonoskórych, o większych potworach nie wspominając. Największym zagrożeniem są skaveny, jednak Tileańczycy, jak żaden inny ludzki naród Starego Świata, potrafią z nimi walczyć i wiedzą, że skaveny nie są mutantami. Dzięki świetnie wyszkolonym żołnierzom oraz skutecznej taktyce świetnie sobie radzą z tą podłą rasą. Największym miastem jest położone na siedmiu wzgórzach niemal stutysięczne Remas, ale inne wielkie miasta posiadają zbliżoną populację. Tileańczycy wierzą we wszystkie główne bóstwa panteonu Starego Świata, choć szczególną czcią darzą Morra, którego główna świątyna znajduje się w Luccini. W Tilei na usługach miast znajduje się niemal sto tysięcy żołnierzy w dużej mierze najemników, a także liczna flota, popularnych w tym rejonie, galer strzeże interesów macierzystych miast. Znaczna część żołnierzy z Tilei służy w pozostałych krainach Starego Świata, zwłaszcza Jałowej Krainie, Imperium czy u krasnoludzkich władców, chociaż bywają także najmowani w bretońskim Carcassone czy w Księstwach Granicznych. W Tilei żyją niemal wyłącznie ludzie, choć czasem można spotkać przedstawicieli innych ras, takich jak krasnoludy, niziołki czy ogrzych najemników. Wysokie Elfy zasiedlają małe dzielnice, głównie w wielkich miastach ludzi.

Ludzie poza Starym Światem

    Poza dość dobrze znanym rejonem Starego Świata ludzie zamieszkują także inne obszary planety. Najbliższym terytorium, na którym dominują ludzie, jest Arabia, a w szczególności jej wybrzeże, znane z licznych nadmorskich kalifatów oraz odwagi, a wręcz bezczelności miejscowych piratów. Na wybrzeżu żyje większość populacji tego obszaru, w głębi lądu obszar jest jeszcze bardziej odludny niż północne stepy Kisleva, a zamieszkują go wędrowne plemiona nomadów. Wielka Pustynia Arabii nie jest obszarem przystosowanym do życia i ludzie pojawiają się na niej niezwykle rzadko. Część ludności kontynentu arabskiego mieszka w oazach – jedynych miejscach, gdzie kwitnie życie wśród morderczego skwaru, jakiego można uświadczyć, wędrując przez morze piachu. Mimo olbrzymiej powierzchni tego obszaru niemal dwukrotnie przekraczającego obszar Starego Świata liczba ludzkich mieszkańców wszystkich kalifatów jest porównywalna do ludności Estalii. Oprócz Arabów w jednym mieście państwie o nazwie Numas na obszarze dawnego królestwa Khemri żyje ludzka populacja władana przez nieumarłych królów grobowców. Khemri w czasach, gdy w Starym Świecie ludzie nadal prowadzili wędrowny tryb życia, było potężnym królestwem. Swoimi wpływami sięgało do ziem Księstw Granicznych oraz do rejonów południowego Wissenlandu. Posiadało olbrzymią armię i flotę. Żywność licznym, wielkim miastom zapewniał sprawny system zarządzania wylewami wielkiej Rzeki Życia, obecnie znanej pod nazwą Rzeki Śmierci. W krainie tej ludzie bali się śmierci. Aby zapewnić pochówek zmarłym królom wznoszono wielkie piramidy, zaś kapłani i uczeni poszukiwali recepty na wieczne życie. Jednym z nich był Nagash, przez którego niegdyś kwitnące życiem ziemie umarły wraz z większością populacji. Pozostali uciekli na południe i zachód, zakładając znane nam do dzisiaj miasta arabskie. Inni uciekli na pustynie, gdzie ich potomkowie do tej pory wiodą życie nomadów. Na południu i wschodzie od obszaru gorących pustyń znajdują się parne dżungle Południowych Ziem. Nie jest pewne, czy żyją tam przedstawiciele ludzkiej rasy. Ziemie te zamieszkują reptiliony, chociaż można przyjąć, że imperialni odkrywcy z Sudenburga mogli spotkać na swej drodze czarnoskórych ludzi, których uznali za mutantów i przepędzili w dżungle. Na wschodzie Arabii rozciągają się Ziemie Umarłych – obszar, gdzie poza Numas nie spotka się żywych ludzi. Za Wielkim Oceanem ludzie także założyli swoje siedziby, chociaż ciężki klimat, tropikalne choroby oraz ciągłe walki z jaszczuroludźmi utrudniają rozwój powstałych w tym rejonie osiedli. Najstarszą osadą założoną przez ludzi na tym obszarze jest Skeggi, założone przez Eryka Losteriksson’a, a nazwane od imienia jego córki, pierwszego dziecka, które narodziło się na tej ziemi. Oprócz tego osiedla do czasów obecnych uchowały się dwa większe miasta założone przez ludzi Port Reaver oraz Bagienne Miasto. Dwie pozostałe osady spotkał marny los – Cadavo zostało zniszczone, a Dalmark opuszczone. Populacja wszystkich ludzkich kolonii waha się w granicach od ćwierć miliona do pół miliona. Duża śmiertelność oraz liczne zagrożenia, od drapieżników po zorganizowane najazdy jaszczuroludzi czy Mrocznych Elfów, czynią życie mieszkających tutaj ludzi oraz krasnoludów ciężkim. Oprócz kolonistów ze Starego Świata, głównie Estalijczyków i Norsów, na Wyspie Amazonek żyje niewielka populacja kobiet-wojowniczek. Ich pochodzenie jest nieznane, ale prawdopodobnie są jednym z eksperymentów Pradawnych. Według innych są to norsmeńskie kobiety, które po zamordowaniu swoich mężów udały się na południe i usamodzielniły przy pomocy magii napotkanych Slannów. W dżungli północnej Lustrii między obszarem, gdzie znajdują się kolonie mieszkańców starego kontynentu, a wyspą Amazonek żyją także Pigmeje, według niektórych będący odmianą plemienia Niziołków, według innych będący karłowatym plemieniem ludzi. Nie są licznym ludem. Stale muszą walczyć o przetrwanie z dzikimi bestiami, morderczą roślinnością oraz okazjonalnymi rajdami poddanych Slannów. Poza tymi ludami nie mieszkają tutaj żadne inne ludzkie społeczności.

    Na Dalekim Wschodzie, tysiące kilometrów od granic Starego Świata, znajdują się olbrzymie obszary, zaludnione przez najliczniejszą grupę ludzi. Największym państwem pod względem zarówno obszaru, jak i liczby mieszkańców jest Imperialny Kataj, rządzony przez Smoczych Władców i armię podległych mu urzędników. Kraj ten posiada populację rzędu stu milionów mieszkańców, niemal wyłącznie ludzi, a jego obszar jest kilkukrotnie większy od powierzchni Imperium Sigmara. Na wschód od Kataju leży wyspa Nippon, zamieszkała przez niemal dziesięciomilionową populację. Kraj Kwitnących Wiśni, jak zwą go miejscowi, nie posiada ścisłej władzy centralnej. Jest podzielony na liczne obszary zarządzane przez szogunów oraz podległych im wojowników, w tym słynnych samurajów. Oba te ludy mają ze sobą więcej wspólnego niż żyjący na południe od Kataju mieszkańcy Indu, których język, jak zauważył jeden z podróżników, posiada liczne podobieństwa z dawnym tileańskim czy Reikspielem, podczas gdy języki katajski czy nippoński nie posiadają żadnych cech wspólnych z językami Starego Świata. Ludność Indu zamieszkuje obszar niemal o połowę mniejszy od obszaru starego kontynentu, zaś populacja przekracza nieznacznie pięćdziesiąt milionów mieszkańców. Podobnie jak w Nipponie nie ma tutaj władzy centralnej, a państwo jest podzielone na liczne królestwa, rządzone przez maharadżów. Ludność tej krainy jest podzielona na liczne kasty. Podział ten jest o wiele bardziej wyraźny od tego, który funkcjonuje w Starym Świecie. Ind podobnie jak Kataj jest celem dobrze uzbrojonych karawan kupieckich z Imperium, Kisleva oraz Tilei. Rzadkie przyprawy, jedwabie oraz inne towary luksusowe są sprowadzane właśnie z tych krain. Nippon jest zamknięty na świat, poza jednym portem, do którego mogą zawijać statki. Obcokrajowcy mają zakaz opuszczania wyznaczonego obszaru pod karą śmierci.

    Poza przedstawionymi krainami ludzkość opanowała także północne terytoria globu. Północne Pustkowia są domem dla licznych koczowniczych plemion barbarzyńców, oddających cześć Mrocznym Potęgom. Hungowie, Kurganie i większa część Norsmenów to trzy największe grupy, które z kolei dzielą się na setki plemion zaludniających ten niezbyt gościnny i podlegający ciągłym przemianom obszar. Północne Pustkowia rozciągają się na całym północnym biegunie i są obszarem liczącym nawet kilkadziesiąt milionów kilometrów kwadratowych. Oprócz ludzi żyje tam mnóstwo potworów, bestii, a także goblinoidy. Życie tych ludzi to ciągła walka o przetrwanie. Walczą z bestiami, by zdobyć pokarm, ze sobą nawzajem, aby zdobyć kobiety bądź niewolników. Ludy te walczą głównie między sobą, rzadziej zaś są w stanie realnie zagrozić cywilizowanym ziemiom południa. Na ich drodze do serca Starego Świata, jakim jest Imperium, stoi Kislev wraz ze swoją liczną, dzielną, a przede wszystkim zaprawioną w bojach armią. Na dalekim wschodzie marsz Hungów na południe powstrzymuje Wielki Bastion, obsadzany przez stały stutysięczny garnizon armii Imperialnego Kataju. Zazwyczaj sukcesy mieszkańców północy osiągane są na skalę lokalną, po których to zadowoleni z łupami wracają do swoich plemion. Czasem zdarza się potężniejszy wódz, który potrafi zgromadzić znaczną rzeszą wojowników i zagrozić takim potęgom jak Imperium czy Kataj. Archaonowi podobno udało się zebrać dwa miliony wojowników i dotrzeć aż pod Middenheim. Wielu z nich wycofało się na Pustkowia, biorąc ze sobą dobra oraz niewolników – wszystko, co zdobyli w Kislevie oraz w Imperium. Być może zachęci to niejedno plemię do marszu na ziemie słabych południowców w celu zdobycia sławy, łupów, a nade wszystko uznania w oczach Mrocznych Bogów. Oczywiście trudno jest oszacować liczebność populacji Pustkowi Chaosu, gdyż miejsce to jest wyjątkowo dziwne, niestabilne, a nade wszystko zwyczaje tam obowiązujące nie mieszczą się w pojęciu człowieka o zdrowych zmysłach. Niemal każdy mężczyzna z tych obszarów jest wojownikiem, czasem także kobiety parają się tą profesją, władając mieczem nieraz lepiej niż niejeden zaprawiony w boju mężczyzna z południa. Liczebność Hungów, Kurgan i Norsów szacuje się na około kilkanaście milionów ludzi, twardych, zahartowanych w walce od dzieciństwa, za to strasznie rozrzuconych po olbrzymim obszarze wypaczonej ziemi. Oczywiście liczebność armii Archaona mogła być znacznie mniejsza. Prawdą jest, że przegrywający zawsze widzi parokrotnie więcej przeciwników niż jest ich w rzeczywistości. Pewien wpływ mogła mieć także nieprawdziwa informacja mająca zasiać panikę wśród wrogów o olbrzymiej liczebności armii z Północy, której nie będzie w stanie zatrzymać nikt, gdyż zgromadzenie i utrzymanie w polu nawet miliona żołnierzy było ponad siły idącego na wojnę Imperium. Najemne kontyngenty z Tilei, bretońscy rycerze, elfy, krasnoludy oraz broniący się nieraz do ostatniego tchu Kislevczycy odegrali znaczącą rolę w pokonaniu olbrzymiej hordy. Straty były ogromne po obu stronach, jednak Imperium nie upadło.

Nieludzie

    W świecie Warhammera obok cywilizacji stworzonej przez ludzi istnieją o wiele starsze cywilizacje Wysokich Elfów oraz Krasnoludów, jednak czasy ich świetności minęły wieki temu w czasach Wojny o Brodę. Elfy wycofały się ze Starego Świata, a krasnoludy wróciły w góry. Te pierwsze niedługo cieszyły się pokojem, gdyż musiały walczyć z zagrożeniem ze strony zdrajców, znanych nam pod nazwą Mrocznych Elfów (Druchii). Imperium Krasnoludzkie mimo braku wewnętrznego rozdarcia także się rozpadło, a twierdze i miasta, które dotrwały do naszych czasów, są jedynie cieniem dawnej potęgi Krasnoludzkiego Imperium. Nieliczne elfy, nie chcąc opuszczać Starego Świata, pozostały w nim, kryjąc się w czeluściach lasów, gdzie żyją do dzisiaj, walcząc z licznymi bestiami, a czasem też z ludźmi, pragnącymi poszerzyć swoje ziemie o kolejne obszary. Daleko na wschodzie za Górami Krańca Świata znajdują się obszary kontrolowane przez hobgobliny, a także przez Krasnoludy Chaosu – wypaczony odłam krasnoludzkiej rasy. Dalej na wschodzie znajdują się Królestwa Ogrów oraz ziemie zamieszkane przez Gnoblarów – rasę goblinoidalną. Oczywiście wszędzie, gdzie nie ma ludzi, jest pełno goblinoidów wszelkiego rodzaju. W Złych Ziemiach, Mrocznych Ziemiach, Górach Krańca Świata znajdują się liczne siedziby tych okrutnych, lubujących walkę stworzeń. W lasach Starego Świata głównie w Imperium, ale także w Bretonii, Kislevie, w Indu, dżunglach czy w lasach królestwa Druchii żyją liczne bandy bestii, które stale są zagrożeniem dla ludzkich osad. Droga do ludzkich królestw orientu jest szlakiem obfitującym we wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa. Na dalekim południu żyją liczne gady podległe Slannom – potężnym magom. Oczywiście ludzie nie są najliczniejszą żyjącą rasą na świecie, Skavenów jest o wiele więcej niż ludzi, jednak ciągłe walki między klanami, a także wojny, które toczą z wieloma rasami, utrudniają ich plan zawładnięcia całym terytorium. Pozwoliłem sobie wymienić jedynie najliczniejsze rasy. Nie wspominam ani o żadnej innej nacji, która po prostu nie jest w stanie równać się swoją populacją czy siłą z potęgą państw ludzi. I tak, lud Wysokich Elfów liczy sobie około siedmiu i pół miliona obywateli, w większości żyjących na wyspie Ulthuan, a także w różnych częściach świata. Leśne Elfy są odłamem tego ludu, żyjącym w Starym Świecie w liczbie nieco powyżej stu tysięcy istot. Wielu z nich mieszka w tajemniczym Lesie Loren. Populacja królestwa Naggaroth liczy powyżej miliona elfów oraz dodatkowo licznych niewolników. Krasnoludy żyją wyłącznie w Starym Świecie, choć niegdyś mieli swe miasta także na dalekim południu. Nie są liczną rasą. Obecnie żyje około miliona członków tej dumnej rasy. Niemal co czwarty krasnolud mieszka wśród ludzi, głównie w Imperium. Prawdopodobnie Krasnoludów Chaosu jest o wiele mniej od ich prawych kuzynów z Gór Krańca Świata czy nawet z gór Norski. Hobgobliny, orki, bestie znacznie ustępują ludziom liczebnością, jaszczuroludzie są na pewno liczną rasą, jednak nie tak liczną jak ludzie.

Burza Chaosu

    Wiosną roku 2521 K.I. armia Chaosu pod wodzą Surthy Lenka przeszła przez górskie przełęcze i ruszyła na południe. Doszło do bitwy pod Zhedevką, podczas której imperialne i kislevskie oddziały próbujące zatrzymać hordę Chaosu, zostały rozbite w niezupełnie jasnych okolicznościach. Znaczna część kislevskich sojuszników przeżyła bitwę, ocaleli dzięki temu, że cechowała ich mobilność. Imperium straciło kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy i kilkadziesiąt dział. Horda Surthy Lenka ruszyła w stronę granic Kisleva z Ostlandem, paląc i mordując każdą osadę napotkaną po drodze. Kilkusetosobowe oddziały odrywały się od głównej hordy, by niszczyć mniejsze osiedla i oddziały idące do punktów zbornych. Nim caryca zorientowała się w sytuacji, armia Chaosu wkroczyła na leśne obszary wschodniego Imperium. Po drodze udało im się zniszczyć znaczną ilość osiedli, jednak większe skupiska ludności oraz zamki zostawiali w spokoju. Wielu żołnierzy Ostlandzkich poległo pod Zhedevką, tak więc Valmir von Raukov mógł polegać na mniejszej liczbie zaprawionych w walkach żołnierzy. Nowe oddziały były pośpiesznie tworzone na północy prowincji oraz w stolicy. Nikt nie wiedział jak liczna jest horda, w związku z czym opieszale gromadzono posiłki w sąsiednich prowincjach. Wolfenburg opierał się dzielnie, broniony przez mieszczan oraz elektorski garnizon, wspierany przez kilkanaście dział. Na nieszczęście obrońców magiczny rytuał rozbił miejskie mury, po czym tysiące grabieżców wtargnęło do miasta. Część mieszkańców uciekła na drugą stronę rzeki lub skryła się w kanałach, unikając rzezi. Armie Ostlandu z północy były zaledwie o kilka dni marszu od stolicy, gdy ta upadła, natomiast oddziały Kisleva dopiero gromadziły się na Wiecu Gospodara. Surthy Lenk ruszył na zachód, gdzie napotkał armię elektora Hochlandu, liczącą niemal dwadzieścia tysięcy żołnierzy, ochotników oraz najemników, wspieranych przez nieliczne rycerstwo zakonne oraz kilkadziesiąt dział. Dzięki magii oraz podstępowi oddziały te zostały rozbite, jednak wódz Chaosu nie zarządził pościgu za rozbitymi oddziałami Hochlandczyków. Zadowolił się jedynie jeńcami, po czym ruszył w drogę powrotną na Pustkowia Chaosu. Wraz z taborem i licznymi jeńcami armia grabieżców powoli sunęła przez stepy Kisleva, nie napotykając oporu, a wszelkie Kislevskie osady oraz oddziały, jakie mijała, były uprzednio ostrzeżone i gotowe do opuszczenia. Oddziały z Middenlandu, Nordlandu, Ostlandu, Ostermarku i Talabeclandu połączyły się z siłami carycy Katarzyny i czekały na wroga powracającego pod Mazhorod przeprawą na rzece Lynks. Królowej Lodu nie udało się zgromadzić wszystkich wojowników, toteż połączone armie liczyły wyłącznie sto tysięcy zbrojnych. W trakcie przeprawy na armię Surthy Lenka spadły pociski artyleryjskie, po czym kawaleria, a za nią piechota, runęły na rozciągniętą w długą kolumnę armię. Gdzieniegdzie grabieżcom udało się wyrwać z okrążenia, jednak ogół, liczący kilkadziesiąt tysięcy, został bez litości wyrżnięty przy niewielkich stratach własnych. Upojeni zwycięstwem nad Hordą Stulecia, jak nazwali rozbitą armię, wrócili w chwale do domów, jednak prawdziwy koszmar miał dopiero nadejść.

    Na wiosnę roku 2522 K.I. Chaos znowu ruszył na Stary Świat. Horda Archaona podzielona na dwie armie uderzyła na Kislev, niszcząc po drodze wiele miast, stanic i wiosek. Kislevskie oddziały próbowały się zebrać w punktach zbornych w pułki i armie, jednak wiele z nich miało problemy z szybkim dotarciem do wyznaczonych miejsc z powodu częstych starć z najeźdźcami, którzy wędrowali po całym północnym obszarze kraju. Na południu niewielu wierzyło, że nastąpił atak większy od poprzedniego. Kislevczycy zaczęli gromadzić swoje oddziały w punktach zbornych, jednak wiele osiedli nie mogło wysłać swych oddziałów, gdyż były potrzebne do ich obrony. Północne oraz wschodnie obszary Kisleva nie wysłały wielu ze swych zahartowanych w bojach jeźdźców, bowiem horda przyszła na te obszary, pustosząc je strasznie. Tylko w kilku miejscach udało się zgromadzić pułki, które wyrżnęły oddziały hordy podczas ich morderczego rajdu. Obrońcy zamknięci za murami walczyli do ostatniego, ludność mniejszych, nieobronnych osiedli zazwyczaj chroniła się w okolicznych miastach i stanicach. Praag zostało oblężone, a horda rozlała się po okolicznych obszarach, niszcząc wiele osiedli. Mieszkańcy Bolgasgradu także stawili dzielny opór oblegającym miasto grabieżcom. Większość kislevskich osiedli położonych na północny zachód od rzeki Mniejszy Tobol została zrównana z ziemią. Tylko nieliczne osiedla cudem przetrwały. Zniszczeniu uległ także Erengrad, kislevskie okno na świat – jak mawiają miejscowi. Imperator Karl Franz w porę zwołał Konklawe Światła, na którym odnowiono dawne sojusze oraz zawarto nowe. Nadzieją obrońców napełniła decyzja bretońskiego króla Louena Lencouera o konieczności wsparcia sąsiada w potrzebie. Do tego czasu zginęło wiele niewinnych istnień, a horda dotarła do Ostlandu i Lasu Cieni, gdzie jej wysiłki wsparły liczne bandy bestii, żyjące tu od tysiącleci. Valmir von Raukov nauczony poprzednim doświadczeniem zmobilizował wszystkie rezerwy. Z niezagrożonej północy ściągnął swe armie, wysłał prośby o pomoc do sąsiadów, zaprzyjaźnionych zakonów rycerskich oraz na dwór Imperialny. Odbudowywany po wydarzeniach z roku poprzedniego Wolfenburg, dostał nowe fortyfikacje na przedpolu w postaci wałów ziemnych, a ludność miasta wspierana przez licznych uciekinierów, została niemal w całości powołana do służby wojskowej i uzbrojona w każdą dostępną w miejskich arsenałach broń. Kolejne miasta oraz zamki, które akurat znalazły się na drodze Archaona, padały łupem jego armii. Krwawe walki toczono wszędzie, zanosząc modły do Sigmara, aby pomoc nadeszła w porę. Ostlandczycy walczyli z determinacją, broniąc każdej piędzi ziemi. Przemarsze ich oddziałów utrudniały funkcjonowanie bandy bestii. Nie brakowało też zdrajców, lecz ogół ludzi pozostał wierny swym bogom i Imperatorowi. Tylko dzięki uporowi mieszkańców Ostlandu pozostałe prowincje zdołały zgromadzić i wysłać swoje armie na północ. Mniej więcej w tym czasie horda przełamała większy zorganizowany opór i uderzyła na Hochland oraz na południe Nordlandu. Zginęła niemal połowa poddanych księcia Valmira von Raukova oraz wiele istnień oddających cześć Chaosowi. Hochlandczycy widząc, co się stało, na ogół porzucali osady i kryli się w zamkach, lasach oraz bronili miast. Wiele z tych ostatnich zostało zniszczonych. Spośród największych osiedli ocalał tylko Bergsburg oraz Tusenhof, pozostałe zostały zdobyte, a ich ludność wyrżnięta lub uprowadzona w niewolę. Armie Chaosu dotarły pod Middenheim i rozpoczęły oblężenie. Obszar dookoła miasta został spustoszony, miasto bronione przez liczny garnizon wojsk Middenlandu, Nordlandu, a także niedobitki armii Hochlandu i Ostlandu stawiało dzielnie opór, aż do przybycia głównych sił Armii Imperialnej, wspieranej przez bretońskie rycerstwo oraz żądnych zemsty Kislevczyków. Oprócz kilkuset tysięcy ludzi po stronie obrońców znalazły się także oddziały elfów z Lasu Laurelorn oraz krasnoludy, a także mistrz magii Teclis. Mimo wszelkich potworności, smoków, smoczych ogrów, bestii działających na tyłach demonicznych dział i demonów armii Chaosu nie udało się wedrzeć do miasta. Doszło do setek mniejszych i większych starć. Dzięki pomocy magii, techniki oraz męstwa armie Starego Świata zatriumfowały, rozbijając, a następnie ścigając cofające się armie Chaosu.

Świat po wojnie z Chaosem

    Mimo że główna armia Chaosu została pokonana, a inna, która miała uderzyć na Imperium od wschodu, zniknęła w tajemniczych okolicznościach w Sylvanii, Archaon żyje i nadal stanowi zagrożenie dla pokoju w Starym Świecie. Straty są trudne do oszacowania. Pola zostały zniszczone i wielu ludzi może umrzeć z głodu i chorób w ciągu najbliższych miesięcy. Olbrzymie straty poniósł Ostland, zginęło także wielu mieszkańców Kisleva. Jedynie tereny południowe nie poniosły prawie w ogóle strat. Spore straty poniósł także Hochland i Middenland, w tym ostatnim hordy bestii wymordowały niejedno osiedle, nim same zostały wycięte przez sojusznicze oddziały. Z powodu ataków bestii nieznacznie ucierpiały także takie prowincje jak, Nordland, Ostermak i Talabecland. Jednak straty są nieporównywalnie małe w porównaniu do Ostlandu czy nawet Hochlandu. Zginęło bardzo wielu ludzi, ale ten sam los spotkał także wiele bestii. W walce pod Middenheim zginęło bardzo wielu żołnierzy, ale także straty wśród najeźdźców były olbrzymie. Wielkie stosy trupów długo płonęły pod zwycięskim miastem. W walce padło kilka smoków Chaosu, wiele innych bestii uciekło w górskie groty, wszystkie demony zostały odesłane do swych domen, czy to dzięki białej magii, czy też świętemu orężowi. W ciągu dwóch lat wojny zginęło około trzech milionów mieszkańców Imperium i Kisleva wraz z pewną liczbą Bretończyków i najemników z Tilei. Straty wśród nieludzi są znacznie mniejsze, jednak ludy te są mniej liczne od ludzi, tak więc nawet małe straty w ich przypadku mogą być znaczące. Prawdopodobnie w celu ponownego podniesienia Ostlandu, Hochlandu oraz wschodniego Middenlandu lokalni władcy zrezygnują na wiele lat z pobierania wysokich podatków od nowoprzybyłych osadników. Tak czy inaczej, życie na wschodzie Starego Świata będzie znacznie cięższe dla żyjących tam ludzi. Wiele osiedli trzeba zbudować od nowa, miasta obwarować, odbudować, zasiać pola przed nadejściem zimy w nadziei, że na wiosnę uda się zebrać plony. Oczywiście głód i różne choroby także zbiorą śmiertelne żniwo. Nie jest pewne, czy ludzie sami nie wezmą się za łby. Osłabiony Hochland i Ostland mogą stać się łatwym łupem dla Nordlandu czy Talabeclandu, których władcy zawsze mieli ochotę na powiększenie swych terenów kosztem sąsiadów. Teraz nadarzyła się ku temu sposobność. Oczywiście dużo będzie zależało od sąsiadów, zwłaszcza Reiklandu i Middenlandu, a także wrogiego Talabeclandowi Stirlandu, który zawsze wspierał wrogów jego nieprzyjaciela.

Autor: Mirosław Kuśnierz

Korekta: Katarzyna Toczek